Pierniczki 2025

Nie wiem, od czego zacząć. Piszecie, zaniepokojeni, co słychać, bo to milczenie tu przedłuża się. Dziękuję za troskę i uważność, są wzruszające. Prawda jest taka, że ostatnie tygodnie upłynęły nam na realizacji planu minimum. Robiliśmy tylko tyle, ile trzeba, by miarowo dreptać za codziennością i jej wymaganiami, ale bez zadyszki i nerwów. Odwiedziliśmy Turyn i Barcelonę, dlatego czasu nie wystarczyło już ani na czytanie ( o zgrozo) ani na pierniczki (no comments). To, co widzicie na zdjęciach, to wszystkie pierniczki, jakie udało mi się udekorować w tym roku, jakieś 30, gdyby je wszystkie dokładnie policzyć. Resztę, która czeka w pudełkach nieudekorowana, zjadamy powolutku każdego dnia. I ok, choć trochę mi z tym dziwnie, przyjmuję i akceptuję. Opublikuję tych kilka zdjęć, by nie zapodziały się gdzieś w czeluściach zapchanej pamięci. Także jako pamiątkę tego czasu.

Nie wyjechaliśmy do Polski na Święta, po raz trzeci w ciągu niemal 20 lat. Przy stole wigilijnym tylko nasza piątka. Na stole zaś barszcz z uszkami, pierogi ruskie i na słodko, kluski z makiem. Ledwie 5 potraw. Ale dzieci, zapytane, co będą jadły na wigilię wskazały barszcz z uszkami i pierogi. Postanowiłam, że nie będę nikogo uszczęśliwiać na siłę w imię tradycji, by potem dojadać resztki przez kolejne dni. Uszka lepiliśmy razem, wszyscy i to były bardzo cenne chwile, pełne śmiechu, radości i skupienia. Dzięki temu nikt nie ma już najmniejszych wątpliwości, ile to wymaga czasu i pracy. A najfajniejsze jest to, że wyszło w sposób naturalny. Najpierw pokroiliśmy warzywa na sałatkę (to akurat jest żelazny punkt świątecznych przygotowań – zgodnie z hasłem – kto nie kroi, ten nie je) a potem, skoro już wszyscy przy tym stole byliśmy zebrani, zabraliśmy się za uszka. Dzieciaki były zaangażowane i współpracujące, super. Potem jeszcze machnęliśmy część pierogów i tak skończyliśmy tuż po północy. Zachowam te chwile w pamięci na bardzo długo. Barszczu i uszek wystarczyło jeszcze na pierwszy dzień świąt. I najzabawniejsze było, kiedy syn pierwszy zapytał:

– I co, to już koniec? Następny barszcz za rok? Nie można go przygotowywać częściej?

Bo rzeczywiście tegoroczny barszcz, mimo że przygotowany tak jak zawsze, wg tego przepisu wyszedł wyborny i mi samej będzie go brakowało przez kolejne miesiące, choć ten ukraiński jest częstym gościm na naszym stole.

Był czas na ulubione planszówki i wspólne oglądanie filmów. Leniwe poranki i niespieszność. Bez spiny i poczucia winy, że niewystarczająco tradycyjnie. Było po naszemu. To najważniejsze.

Za odpowiednią i niezbędną dozę adrenaliny w tej całej nieśpieszności odpowiadała Fika, w szczególności zaś jej starcia z choinką i akrobacje na balustradzie w mezaninie (4-5 metrów nad salonem). Sylwester kameralny i spacerowy, bez szampana – a więc znowu, lekko jakby pod prąd. Nie dla zasady, ale zgodnie z potrzebą.

I tak powoli dobijamy do codzienności, która zaczyna rozpędzać się na dobre.

W przygotowaniu, od wielu tygodni – by nie powiedzieć – miesięcy – wpis książkowy i wpis ze świetnym przepisem gruzińskim. Wezmę się z nimi za bary, obiecuję 🙂

W nadchodzącym roku życzę Wam i sobie – byśmy się nie pogubili. Byśmy umieli odróżnić to, co nam służy, od tego czego naprawdę nie potrzebujemy. Byśmy mieli odwagę robić to, na co naprawdę mamy ochotę i otaczać się ludźmi, których lubimy. By nie zabrakło nam inspiracji i motywacji. I w końcu, by nie brakowało nam poczucia, że to, co robimy, robi różnicę.

Smacznego!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *